Jak sie to zaczelo?
Zaraz, kiedy to wszystko bylo... Wstyd sie przyznac, ale cos nie za bardzo moge sobie przypomniec kiedy zdarzylo sie to, co chce opowiedziec! Ale cos mi sie zdaje, ze bylo to trzy lata temu podczas ferii zimowych (tzn. w lutym '95). Tak, raczej na pewno wtedy. Nie mialem zbytnio co robic podczas ferii, w domu bylem sam bo rozina gdzies wyjechala, nudzilem sie - wiec postanowilem i wybralem sie w Tatry.
Poczatki jak zwykle trudne
Droge powzialem jak zwykle - do Murowanca, potem do Piatki. I jak wielu innych postapilem niezbyt rozsadnie. Po prostu gdy sie nie ma zaprawy i kondycji to nie mozna tak z marszu (a moze lepiej by bylo powiedziec z pociagu) isc w gory i to w dodatku z worem na plecach. Co tu duzo mowic, wysiadlem podczas podejscia. Do tego jeszcze pogoda sie zepsula i zaczelo byc kiepsko. Na szczescie jakis gosciu ktory tez szedl do Piatki zwolnil i zaczelismy isc razem.
Drugiego dnia juz lepiej
Na szczescie wszystko co zle szybko sie konczy i drugiego dnia pogoda jak drut i z nowymi znajomymi (gosciu z poprzedniego dnia szedl do schroniska do znajomych) poszlismy na Gladka Przelecz. Frajdy bylo co niemiara gdy wspinalismy sie na czworakach na przelecz: kupe sniegu, co raz to ktorys sie obsuwal i innych zasypywal swiezym puchem. W koncu jakos udalo nam sie przebic przez maly nawis na gran i laba! Nie pamietam juz jak dlugo, ale w kazdym razie dlugo byczylismy sie w sloneczku.
Najlepszy z calego dnia byl chyba niesamowity dupozjazd z przeleczy ma samiutenki dol. Jesli ktos jeszcze nie robil czegos takiego, to nie jest sobie nawet w stanie wyobrazic tego uczucia narastajacego pedu podczas jazdy w pustke bez jakiejkolwiek mozliwosci kontroli. Po krotkiej chwili czlowiek pedzi gdzies tam na dol ze strasznym przyspieszeniem w wielkiej kuli snieznego pylu. Cos niesamowitego!
Granie nam nie straszne
Nastepnego dnia odprowadzilem gosci na przelecz Szpiglasowa (szli sobie do Moka). Bedac na gorze pomyslalem sobie, ze co mi tam - zachacze jeszcze o Szpiglasowy Wierch. Tam jeszcze doszedlem w miare normalnie - ale potem! Rozpetala sie taka potworna wichura, jeszcze nigdy w zyciu czegos takiego nie widzialem! Wbilem czekan po sama glowice w snieg, polozylem sie na plasko po zawietrznej stronie grani a i tak myslalem, ze mnie porwie ze soba prosto pod Mnicha...
Jakos na szczescie przetrzymalem zawieje i okazalo sie ze nie ja jedyny. Na przeleczy bylo jeszcze dwoch gosci (jeden na pewno mial na imie Filip, tyle pamietam), ktorzy nie wiedzieli co zrobic z reszta dnia. Postanowilismy wybrac sie na Miedziane. Nie byl to najmadrzejszy pomysl - nie mielismy praktycznie zadnego sprzetu, pogoda byla srednia, snieg taki sobie a stok stromy i z roznymi 'momentami'. Doszlismy nawet jakis kawalek poza szczyt kiedy utknelismy na jakiejs durnej skalce na grani. Gdyby nie snieg pewnie jakos bysmy ja przeszli, ale tak... Zreszta i tak potem w schronisku jakis gosciu mowil, ze widzial jakas trojke kretynow, ktorzy w taka pogode ganiali po grani Miedzianego...
Znajomych trzeba odprowadzic
Kolejnego dnia Filip z kumplem juz musieli wracac, ale ze nikomu nie chcialo sie isc ceprostrada do Lysej Polany - droga przez Kozia Przelecz wydawala sie byc znacznie ciekawsza. W koncu poszly z nami jeszcze dwie poznane dziewczyny. Ale musialy sie biedaczki wycierpiec - niezle je przegonilismy! Ale coz mielysmy robic? Pogoda (jak to zwykle w Tatrach bywa) sie zmienila i byla mgla, padajacy snieg i zawierucha. A one biedne mialy plecaki ze stelazem, jakies cienkie rekawiczki - ale same chcialy isc. Przez Dolikne Pusta jeszcze jakos sie dobrze szlo (bo bylo plasko, he, he) ale potem! Taka cholerna stromizna na podejsciu pod przelecz, od calej sniezycy ciagle jakies pylowki na nas spadaly. Czulem sie prawie jak w Himalajach. Chodzac zima po gorach kocham to uczucie, kiedy czlowiek wreszcie wdrapie sie na szczyt, czy przelecz i siadzie sobie okrakiem! W lecie jest to raczej trudne do zrobienia, ale w zimie. Mozna sobie wtedy spokojnie siasc i podumac...
No ale mysmy nie mieli czasu na dumanie - wszystkim nam bylo zimno i chcielismy jak najszybciej znalezc sie w Murowancu. Oczywiscie nie moglismy przepuscic takiej okazji i zjechalismy dupozjazdami do Koziej Dolinki. Zeby dziewczynom bylo latwiej poradzilismy im, zeby spuscily plecaki osobno - ale pedzily!
Powoli zaczelo sie robic pozno - a mialem naiwny nadzieje, ze ich odprowadze i wroce jeszcze do piatki. Ale gdzie tam! Nie mialem innego wyjscia jak tylko isc dalej z nimi. Wszyscy juz bylismy niezle zmeczeni i nawet nie chialo sie nam rozmawiac. Jakosc w koncu doszlismy o zmroku do schroniska - strasznie lubie wchodzic do cieplego schroniska po calodziennym (albo lepiej jeszcze dluzszym) wyrypie. Wiem wtedy, ze odwalilem kawal solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty. No i coz, Filipa pozegnalismy - nie mieli zamiaru wydawac na ostatnia noc w Tatrach pieniedzy - woleli isc na pociag.
A ja co? Nie moglem wracac - byloby to troche bezsensu. Musialem zostac w Murowancu, a przeciez wszystkie moje bety zostaly w piatce. Poprosilem wiec GOPRowcow aby przedzwonili do piatki i powiedzieli im, ze zyje i spie tutaj - jak na razie byl to moj jedyny kontakt z GOPRem. Noc musialem spedzic na korytarzu (bo podloga najtansza) na jakims beznadziejnym materacu, na pozyczonej karimacie i pod sluzbowa koldra. To byla chyba najgorsza noc mojego zycia! Nie zeby bylo niewygodnie, ale schronisko bylo pelne jakichs pie* smarkaczy z obozow narciarskich. Ganiali po calym korytarzu, chlali wode i obmacywali sie nawzajem chyba do trzeciej nad ranem. Nigdy sie chyba bardziej nie cieszylem gdy moglem juz wreszcie wyjsc ze schroniska.
Wielkie podejscie
W Tatrach co do pogody nie mozna byc pewnym - teraz byla obledna! Wyszedlem ze schroniska bardzo wczesnie, nie czekalem na otwarcie bufetu. Zjadlem to, co mi zostalo z wczoraj. Sciezka nad Czarny Staw byla praktycznie dziewicza, moze szly jakiej dwie osoby przede mna. Zreszta potem ich zobaczylem jak podchodzili sie wspinac pod jakies zeberko. A ja sobie szedlem sam i podziwialem widoki - przeciez znam te droge juz prawie na pamiec, ale zawsze cos nowego zauwazam. Nigdy nie jest tak samo. Szedlem sobie spokojnie, no bo niby gdzie sie mialem spieszyc? Co jakis czas sobie przystawalem i tylko patrzylem. Na Zawrat wyszedlem w koncu dopiero w poludnie! I tu mnie spotkala najwieksza nagroda za cale trudy nocy. Dotad szedlem caly czas w cieniu - ze schroniska wyszedlem wczesnie, potem sie wloklem zlebem, wiec wogole nie widzialem slonca. A tam istna plaza! Poludnie, zero wiatru, chmur, wszedzie bialo od sniegu i zadnych sladow na sniegu! Czegos takiego nie mozna opisac - to trzeba po prostu przezyc.
Koniec
Potem juz pozostalo mi tylko zejsc do schroniska, spakowac sie (szczesliwie nic sie moim betom nie stalo podczas mojej nieobecnosci) i zaczac wracac. Oczywiscie nie moglem przepuscic takiej okazji jak zejscie do doliny Roztoki i popelnilem kolejny dupozjazd. Tym razem jednak troche przesadzilem, plecak mnie przewazyl i polecialem! Cos tam probowalem chamowac czekanem, ale nic nie wyszlo. Glupi to ma jednak szczescie: nic mi sie nie stalo, wychamowalem przed kupa kosowki na dole, otrzepalem sie i poszedlem dalej! Ale ludzie musieli miec widowisko!
