Zimowy wyjazd na Rakoń
Ufff! Wreszcie zabieram się do opisania tej wycieczki. Wisiało to nade mną
prawie pół roku! Zupełnie nie mogłem się za to zabrać. Najpierw nie miałem
zrobionych odbitek, potem był wyjazd na narty, potem coś innego, itd, itd.
Oczywiście, najłwatwiej zwalać winę na innych, prawda jest taka, że po prostu
mi się nie chciało ;-) No, jak już tak szczerze zacząłęm, mogę zacząć do
właściwego opisu. A tak prawdę mówiąc, to do spisania tego co pamiętam
z wycieczki skłoniły mnie tylko zdjęcia. Wyjątkowo Piotr robił wtedy zdjęcia
na filmie czarno-biały, więc pomyśałem, że poeksperymentuję z filtrem
efektu 'sepii' w programie graficznym.
O ile dobrze sobie przypominam, to wycieczka odbyła się w styczniu 2001r. Zaczęła się zresztą nieszczególnie, bo samochód nie chciał mi zapalić (miał wtedy taki kapryśny okres), pojechaliśmy więc lekko spóźnieni autem przyjaciela. Pojechaliśmy tak jak trzeba, w dwie pary, żeby nikomu nie było głupio ;-) Jakoś się zmieściliśmy we czwórkę, z plecakami i kijkami do maluszka.
Jako że była zima, towarzystwo było nierozchodzone, no i godzina nie taka znowu wczesna, postanowiliśmy uderzyć w Tatry Zachodnie, na grań, zaczynając od Grzesia, a potem dalej ile się da. Droga od samego początku doliny była przepiękna! Zresztą w Tatrach to normalka ;-) Mnóstwo śniegu, przyjemny chłodek, przepiękne czyste niebo, żadnych chmurek, cudowne widoki. Czego więcej trzeba?
Jak zawsze idąc doliną Chochołowską, po dojściu na polanę wstąpiliśmy do schroniska napić się jakiejś herbaty, zjeść coś słodkiego. Szkoda jednak było siedzieć długo w zamknięciu i szybko wróciliśmy na szlak idący w stronę Grzesia.
Grześ, taka mała górka, nawet nie leżąca w głównej grani Tatr, ale od czegoś
jednak trzeba zacząć. Wyjątkowo dobrze nam się wtedy szło. Szybko i bez
zmęczenia wyszliśmy na grań, zaczęliśmy robić sobie zdjęcia.
Byłem nawet zaskoczony, śnieg był wręcz wymarzony do chodzenia. Twarda, wywiana skorupa, człowiek zupełnie sie nie zapadał, miejscami nawet wystawały kawałki ścieżki. Po takim śniegu można chodzić! Zupełnie co innego niż na kolejnym naszym wyjeździe w te okolice (ale o tym kiedy indziej), wtedy nie dość, że idąc w zadymcie, to jeszcze zapadaliśmy się po pas w puchu! Ale teraz chodziło się wyśmienicie. Praktycznie co chwilę zatrzymywaliśmy się aby pstryknąć kolejne zdjęcie. Szło się naprawdę rewelacyjnie. No i ta piękna pogoda!
Na Rakoniu zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, mieliśmy piękny widok i na
polską stronę, na przepiękne stawki w dolinie Rohaczy, no i na górójący nad
nami Wołowiec.
Trzeba było zacząć myśleć coś o jakimś powrocie. Było już na tyle późno, że wiedzieliśmy, że do schroniska będziemy dochodzić już po zmroku. Mieliśmy oczywiście ze sobą latarki. Podeszliśmy więc pod Wołowiec, na samo siodło przełęczy, tam zjedliśmy ostatnie kawałki ciasta i zaczęliśmy schodzić. Jak się okazało, zimowe, bezpieczniejsze zejście znajduję się dużo wcześniej, jeszcze przed Rakoniem. No ale nie wiedzieliśmy o tym.
Nie mogłem sobie odmówić skoku z nawisu nad przełęczą ;-) Nawis nie był duzy, stok pod nim nie był aż tak bardzo stromy, ale i tak emocji trochę miałem. Samo rozpędzenie się i wybicie w nieznane, to było coś. Inna sprawa, że czerwcowy skok na linie przyćmił moje wcześniejsze dokonania; no ale wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. No więc skoczyłem, mam z tego zdjęcie ;-)
Dalsza część zejścia także nie była pozbawiona emocji. Co by nie mówić
stok był jednak stromy, snieg bardzo zmrożony (Bogu dzięki!), ciężko było.
Zwłaszcza naszym dziewczynom, które nie były nawykłe do zimowych wycieczek
po górach. Powoli jednak, wyrąbując małe stopieńki posuwaliśmy się zakosami
w dół. Tak gdzieś mniej więcej w połowie zbocza, gdy już stok nie był taki
stromy udało mi się namówić Karolinę, zebyśmy siedli sobie na moim plecaku
i pomknęli na nim jak na sankach, albo na worku z sianem. Kawałek tak
pojechaliśmy i utknęliśmy na śniegu, który spychaliśmy ze stoku. Nie dało
się już jechać. Więc co zrobiłem mądrego? Ano położyłem się na brzuchu i
puściłem się na dół, pomagając sobie jeszcze rękami ;-) Zupełnie jak jakiś
pingwin. Z tą tylko różnicą, że pingwiny jeżdżą po płaskim do morza, a nie
z górki w kosówkę ;-) Jechało się naprawdę rewelacyjnie, pusty stok przede
mną, tak więc nie było niebezpieczeństwa, że w coś wjadę. Odlot! Na samym
dole się zatrzymałem i poczekałem na grzecznie schodzącą resztę.
Potem już tylko trzeba było znaleźć wśród kosówki drogę na niższe piętro doliny, gdzie ścieżka już była wyraźniejsza i szybko podążać do schroniska. Zaczynało już zmierzchać. W schronisku jak zwykle jakaś zupka, herbatka, piwko, potem przykry moment, kiedy już definitywnie zaczyna się wracać. Następnie ostatni spacer, samochód i droga do domu.