Weekend w Tatrach
Początek
Wybrałem się na tę wycieczkę z moim przyjacielem Piotrem pewnego pięknego piątkowego popołudnia. Mieliśmy już serdecznie dosyć krakowskiego powietrza, ruchu samochodów i ogólnego zamieszania. A było to we wrześniu (chyba), a może już w październiku. Nie jest to zresztą takie znowu ważne. Piotr był właśnie świeżo po kupnie nowego aparatu i chciał go przetestować w plenerze, ja swój też właśnie odebrałem z naprawy. Mieliśmy więc podwójną motywację do wyjazdu. Ta strona też zreszta powstała głównie po to, aby zaprezentować nasze zdjęcia.
Nasz wybór padł na Tatry Wysokie. Postanowiliśmy zacząć od Morskiego Oka,
następnie wrócić do Zakopanego przez dolinę Pięciu Stawów, Świnicę i
Murowaniec. Bez większych problemów udało mi się zarezerwować dwa miejsca w
starym schronisku nad Mokiem. Był tylko jeden szkopuł - należało się zgłosić do
recepcji do godziny 18. A o tej godzinie właśnie mieliśmy nadzieje znaleźć się
dopiero w samym Zakopanem. Nie mogliśmy się urwać z pracy wcześniej. Udało mi
się jednak przekonać panią w recepcji, żeby przetrzymała nam miejsca do 21. Na
szczęście żaden miś na drodze z Palenicy Białczańskiej nie przeszkodził nam w
dotarciu na tę godzinę do schroniska. Inna sprawa, że nasze miejsce było już
sprzedane... Tak naprawdę to nasze było wolne, ale już ktoś na nim spał, bo
jego było zajęte, itd. A ponieważ ten ktoś był tam na dlużej, więc dostaliśmy
pokój zastępczy. Już nawet nie mieliśmy siły wykłócać się o zwrot różnicy.
Ważne, że mieliśmy dach nad głową i gorący prysznic.
Dzień drugi
Następnego dnia mieliśmy bardzo ambitne plany. Najpierw chcieliśmy wejść na przełęcz Mięguszowiecką pod Chłopkiem, a następnie ile się da pójść w kierunku doliny Pięciu Stawów przez przełęcz Szpiglasową.
Pogoda była przepiękna! Coś w górach musi być, bo ilekroć się w nich znajdę
naprawdę zaczynam rozumieć, że żyję. Nawet nasze maleńkie i zatłoczone Tatry
sprawiają niesamowite wrażenie. Aż się boję pomyśleć jak bym zareagował na
jakieś wyższe góry ;-) Poczucie przestrzeni, potęgi i majestatu gór, nikłości
człowieka przy nich jest naprawdę głęboko przejmujące. Ludzie się bawią w
'zdobywanie' gór, cieszą się jak dzieci, gdy góra 'pozwoli' się zdobyć. Czysta
bzdura! Góry są absolutnie ponad to. Były tutaj przed nami, będą jeszcze długo
po nas. Są zupełnie niewzruszone na ludzkie problemy. Zawsze niepojętą rzeczą
są dla mnie wielkie górskie potoki, np. taka wielka siklawa. Przecież dzień w
dzień, czy w lecie, czy w zimie cały czas przewalają się tam tysiące litrów
wody. Nieważne, czy ktoś się akurat na to patrzy, czy nie. Jest dla mnie w tym
coś fascynującego.
No nieważne. Bardzo miło podchodziło nam się pod tego Chłopka. Co jakiś czas
przystawaliśmy sobie i robiliśmy różne zdjęcia. Musieliśmy w końcu wypróbować
nasze nowe aparaty. Jeszcze na żadnej chyba wycieczce nie zrobiłem tylu zdjęć.
A ponieważ byłem wtedy jeszcze w miarę nowym posiadaczem komórki nie mogłem się
powstrzymać przed zatelefonowaniem i zadaniem sakramentalnego pytania:
Zgadnij, zkąd dzwonie?. Uzyskałem namacalny dowód, że na podejściu pod
Chłopka Era ma sygnał ;-) Ze szczytu Kazalnicy widać było iście nieziemski tłum
ludzi na Rysach. Szczyt wydawał się być wręcz aż najeżony ludzkimi postaciami.
Tak samo scieżka na dół. Musi być chyba czymś potwornym marsz w takim ścisku w
górę i na dół. Jak ci ludzie tak mogą? Gdy wyszliśmy wreszcie na naszą
przełęcz czuliśmy jednak pewien niedosyt. Takie bezpłciowe wyjście zwykłym
szlakiem, czegoś nam tu brakowało ;-) No i zdecydowaliśmy się, a właściwie to
Piotr zdecydował. Poszliśmy sobie kopczykowanym szlakiem nad przełęcz
Mięguszowiecką Wyżnią. Na samą przełęcz nie doszliśmy, dostaliśmy sie jedynie
na połkę nad nią. Ale i tak satysfakcje miałem ogromną. W końcu zrobiliśmy coś
nie po 'oficjalnej' ścieżce dla wszystkich. No i widoki też mieliśmy przednie.
Będzie trzeba jeszcze kiedyś podobną trasę powtórzyć.
Cała wyprawa jak się okazało zabrała nam jednak trochę czasu. Gdy wróciliśmy do
schroniska i zjedliśmy jakiś obiad zrobiło się już trochę późno. A mieliśmy
przecież jeszcze w planach wymarsz w kierunku przełęczy Szpiglasowej. Co gorsza
zaczęly nadciągać brzydkie chmury. Cóż jednak mieliśmy robić? Nie mieliśmy
najmniejszej ochoty na kolejny nocleg w Moku, to by już zupełnie rozłożyło
nasze plany. Wymaszerowaliśmy więc w górę. A szło nam się ciężko, oj ciężko.
Nie dość, że po obfitym obiedzie, to jeszcze po całym dniu w górach no i z
ciężkimi plecakami. Naprawdę wolno podchodziliśmy. Napewno nie bez znaczenia
była nasza kiepska kondycja. Gdy już zaczęło się zciemniać brakowało nam
jeszcze troche drogi ceprostradą do przełęczy (jak się okazało, brakowało nam
tylko dwóch 'zakrętów'). Nie było już sensu dalej iść, postanowiliśmy poszukać
jakiegoś miejsca do przenocowania. Ścieżka akurat przechodziła przez większe
żeberko, więc nie musieliśmy szukać długo. Piotr znalazł całkiem rozsądną
kolibę pod dwoma solidnymi głazami. Z trudem udało nam się oczyścić ja z
mniejszych kamieni i włożyć do środka nasze karimaty i śpiwory. No i tyle nam
się udało ;-) Żeby się do nich schować, musieliśmy się zdrowo jeszcze namęczyć!
Co gorsza chmury zaczęły się zbierać coraz większe i było prawie pewne, że w
nocy pokropi. Nie mieliśmy jednak niczego sensownego do przykrycia się, tylko
jedną folię NLC. Czarne prognozy ziściły się: doczekaliśmy ostrej zlewy. Lało
naprawdę ostro. Całe szczęście, że mieliśmy przynajmniej tyle folii. Dzięki
temu śpiwory nie zostały zupełnie zalane (a miałem wtedy praktycznie nowy
śpiwór puchowy). Jakoś jednak udało nam się przeżyć tę noc. Spaliśmy mało,
ciągle sprawdzając jak bardzo nas zalewa, przytrzymując odlatującą folię.
Zresztą i tak było niewygodnie :-)
Dzień trzeci i ostatni
Za to jaki mieliśmy piękny poranek! Co ja mówię, jaki poranek, świt! Zupełnie
nie mogliśmy spać, skoro więc tylko zrobiła się jakaś ludzka pora i przestało
padać postanowiliśmy zebrać się do wyjścia. I tak całość zabrała nam sporo
czasu. Trzeba było wygrzebać się z koliby, popakować się, zejść do ścieżki,
zrobić śniadanie. O ile dobrze sobie przypominam, to wyruszyliśmy w dalszą
drogę chyba o 6:30. A jakie piękne zdjęcia zrobiliśmy wtedy!
Pierwszy raz oglądałem wtedy doline Pięciu Stawów z tak wysoka o tak wczesnej
porze. Wyglądała zupełnie jak z jakiegoś snu, cała spokojna, uśpiona. Żadnych
ludzi na ścieżkach. Tylko my, gdzieś tam wysoko. Schodziło nam się bardzo
przyjemnie. Z biegiem czasu, jak słońce się pojawiało zaczęło się robić
całkiem ciepło. Zupełnie nie było widać śladów nocnej zlewy. Wstawał kolejny
piękny słonczeny dzień. W miejscu gdzie ścieżka przekracza potok płynący
między stawkami zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Trzeba było trochę odpocząć,
dojeść małe co nieco, no i porozkoszować się niesamowitymi widokami. I tam też
działała komórka ;-) Tam też zrobiłem chyba najlepsze moje zdjęcie Zamarłej
Turni, teleobiektywem 200 mm. Strasznie mi się podoba! Korzystając z okazji
podeszłem sobie nad Czarny Staw. Oczarował mnie zupełnie! Piękniejszego stawu
chyba jeszcze nie widziałem. Czysta, przejrzysta woda jakby zapraszająca do
skoku, równe, gładkie brzegi, cisza... Istny obłęd!
Dalej w planach mieliśmy już tylko Zawrat, Świnicę i Murowaniec. Co by więc nie opóźniać zebraliśmy się i ruszyli dalej. Szło nam się jeszcze wolniej niż wczoraj, nic w tym jednak dziwnego - po takiej nocy... Bez większych niespodzianek doszliśmy na Zawrat, potem na Świnicę. Na sam szczyt już nie chciało nam się wchodzić - akurat przebywała tam bardzo liczna wycieczka Amerykanów, dosłownie wbiegli na szczyt przed nami. Że też tacy mają siłę tak biegać po gorach. No ale oni nie mieli takich worów jak my.
Do Murowańca zeszliśmy szlakiem bezpośrednio ze Świnickiej przełęczy. O ile na
szlaku było jeszcze w miarę spokojnie, to w schronisku kłębił się potworny tłum
turystów i 'turystów'. Ceny jak zwykle astronomiczne, kolejki do bufetu także.
Szybko więc zjedliśmy jakieś byleco, poprzedzone oczywiście obowiązkową zupą
pomidorową (zawsze taką kupuję gdy jestem w schronisku). Jak tylko trochę
odpoczęliśmy zaczęliśmy się zbierać w drogę powrotną do Zakopca. Nie miliśmy
zbyt dużo wolnego czasu. Nie mieliśmy biletu powrotnego, a chcieliśmy jeszcze
zdążyć na jakiś sensowny autobus do Krakowa. Koniec końców i tak potem
czekaliśmy jakąś godzinę na ławce przed dworcem na pusty autobus. W
międzyczasie zadzwonił do mnie znajomy i przez telefon poinstruowałem go co ma
zrobić, aby włączyć sobie w3cache w swoim Linuksie ;-) I w ten oto sposób już
definitywnie powróciłem do rzeczywistego świata.