Początek
Od jakiegoś już czasu przestało mi wystarczać 'zwykłe' chodzenie po Tatrach. Ileż razy można w końcu chodzić tymi samymi szlakami, które zna się już na pamięć? Tak, wiem, za każdym razem można niby odkryć coś nowego, ale ileż nowych rzeczy czeka na nas tam, gdzie jeszcze nie byliśmy!
Jak się okazało nie byłem w tym osamotniony. Piotr także odczuwał podobną
potrzebę. Jak potem powiedział od dawna myślał już o wejściu na Mięgusza. Nie
powiem, spodobał mi się ten pomysł. Góra duża, z Morskiego Oka wygląda
imponująco, sama zresztą przełęcz pod Chłopkiem jest też niczego sobie - jakby
zawieszona na szczycie skały. Ilekroć patrzę się na nią z dołu to nie chce mi
się wierzyć, że wiedzie na nią zwykła, niezbyt trudna ścieżka. Mięgusz miał
jeszcze jedną, bardzo istotną zaletę: nie wiedzie na niego żaden (przynajmniej
oficjalny) szlak turystyczny. Z racji braku doświadczenia wspinaczkowego nie
mogliśmy się porywać na wejścia czysto taternickie akurat. A ten szczyt nam
odpowiadał - w książce 'Najpiękniejsze szczyty tatrzańskie' (swoją drogą bardzo
ciekawej) była pokrótce opisana trasa turystyczna na ten właśnie szczyt.
Pierwsze próby
Co by nie mówić, to nie mieliśmy szczęścia do niego. Dwa razy podchodziliśmy i
za każdym razem nam się nie udało wejść na szczyt. Pierwszą próbę
przeprowadziliśmy prawie dokładnie rok temu (we wrześniu 1999)! Opisałem
zresztą cały tamten wyjazd na osobnej stronie. Nie
mieliśmy jeszcze wtedy rozeznania co do wielkości góry, długości trasy, no i
dokładnego jej przebiegu. Jak się później okazało zbyt wcześnie skręciliśmy z
właściwej trasy i podeszliśmy na 'wyżnią przełączkę mięguszowiecką', dopiero
za nią wznosił się masyw 'naszej' góry. Jednak jak na pierwsze tego typu
wyjście (przynajmniej dla mnie) bardzo mi się to podobało. Na pewno
pozostawiło też spore uczucie niedosytu i konieczności poprawienia.
Drugie podejście udało nam się zrealizować dopiero po roku od pierwszego! No
cóż, tak to jest gdy się pracuje i ma się kupę innych, bynajmniej nie
związanych z górami zajęć :-( Piotr nawet pojechał tam sam jakiś czas przed
wspólnym wypadem, jednak deszczowa pogoda trzymała go cały czas w kolibie. No
właśnie, w kolibie ;-) Jest taka świetna koliba w tamtej okolicy,
zainteresowani pewnie o niej świetnie wiedzą... Z początku miałem pewne opory
co do spania tam, jednak po kilku nocach w niej spędzonych mogę ręczyć za jej
jakość. Śpi się rewelacyjnie! Gdy w końcu po tym roku zjawiliśmy się tam razem
góry dały nam poznać kto tu rządzi: pogoda była taka okropna, że pod Chłopkiem
dosłownie nie można było wystać przez wiatr, deszcz i zimno. Szczęście, że
przynajmniej śnieg nie padał. No nic, nigdzie dalej nie doszliśmy, ale
przynajmniej wyjechaliśmy z Krakowa, zrobiliśmy parę zdjęć kozicom i nam ;-)
Chcieliśmy więcej, ale dobre i to.
Właściwe podejście
Wreszczie pewnego paździenikowego pięknego tygodnia zdecydowaliśmy się na wyjazd. Pogoda była istnie letnia, wręcz grzechem byłoby zostać w mieście. Zwłaszcza, że kolejna tego typu okazja mogłaby się chyba zdarzyć dopiero następnego roku ;-) Tym razem pojechały z nami jeszcze dziewczyny: moja Karolina i Ania - co by było do pary, hue hue hue ;-) Plan był taki sam jak poprzednio: dojście do koliby, rano wymarsz w górę. Dziewczyny miały sobie zejść do Stawków Hińczowych, myśmy mieli szukać drogi na szczyt. Wzięliśmy ze sobą CB Radio, tak więc przynajmniej teoretycznie kontakt powinniśmy mieć ze sobą cały czas.
Nocka
Naprawdę, jeśli jest ktoś, kto nie spał pod gołym niebem, albo przynajmniej w
kolibie to niech schowa się głęboko w kącie i już nic nie mówi. Było tak
niesamowicie rewelacyjnie, wprost opisać się nie da. Dodatkowo była pełnia,
czyste bezchmurne niebo, cisza, spokój, czego więcej trzeba? Tę idyllę
zakłóciło chyba tylko rozbicie przeze mnie puszki piwa w środku, na
karimatach. Tylko jeden śpiwór trochę się zamoczył :-) Ale tak poza tym nie
było żadnych większych niespodzianek.
Ranek - podejście na przełęcz
Ranek taki przyjemny, że aż żal było wstawać. Zanim się zebraliśmy, zjedliśmy śniadanie, pochowaliśmy między skałami zbędne przez dzień bety; trochę czasu minęło i chyba dopiero po 8 ruszyliśmy do góry. Całkiem się zdziwiliśmy, gdy jeszcze przed Kazalnicą zobaczyliśmy jakąś czwórkę szybko nas doganiającą! O której oni musieli wyjść? W każdym razie nie było aż tak źle, przegonili nas dopiero na Kazalnicy. Bylo to jacyś dobrze wyekwipowani Słowacy, zeszli sobie później na ich stronę. Przydarzyła się wtedy zabawna sytuacja. Chciałem się napić wtedy wody, gdy się okazało, że żadnej nie mamy! Okazało się, że zapomnieliśmy napełnić butelki gdy przchodziliśmy przez strumień! Ale klapa! Bez wody nie damy rady przecież przez cały dzień! Na szczęście Piotrowi udało się 'odkupić' od Słowaków 1.5l wody za tabliczkę czekolady ;-)
Tak to więc bez większych przygód doszliśmy gdzieś około 11 na przełęcz pod Chłopkiem. Tam też po krótkim odpoczynku rozdzieliliśmy się. Dziewczyny zaczęły schodzić scieżką (nawiasem mówiąc bardzo piarżystą i nieprzyjemną, jak potem mówiły) do Stawków Hińczowych, a my ruszyliśmy wykopczykowaną trasą na nasz wymarzony szczyt. Chciała się do nas dołączyć jedna grupka, jednak kobieta, która była z nimi na widok pierwszej trudności stanęła okoniem i musieli się wrócić :-( Zostaliśmy sami...
Droga...
Wbrew temu co by się mogło wydawać to ścieżka ta nie jest taka znowu zła. Nie
jest bardzo trudna technicznie (do czasu co prawda), jest całkiem wyraźna, jak
się nabierze trochę wprawy to kopczyki można z łatwościa wypatrzeć. Tylko na
samym początku jest trochę nieprzyjemne miejsce, gdzie na efektownej
ekspozycji należy obejść małe żeberko. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby
nie fakt, że pod spodem jest trochę metrów pustki, a jedyne miejsce do oparcia
stopy ma tak z kilka centymetrów ;-) W zeszłym roku też miałem tam problemy.
No nic, pierwsze żeberko już za nami. Następnie trzeba przekroczyć mały
piarżysty i osypujący się żlebik. Następnie trawiastym zboczem lekko do góry,
wypatrując kopczyków. Tutaj właśnie źle poszliśmy za pierwszym razem. Zbyt
szybko poszliśmy do góry zachodem, który wychodzi na wyżnią przełączkę.
Chociaż może to i dobrze, że tak wtedy wyszło? Nie byliśmy chyba odpowiednio
przygotowani, nie oswoiliśmy się jeszcze z górą. Zresztą owa przełączka też
była bardzo ciekawa.
Szliśmy więc dalej trawkami podziwiając widoki na Słowacką stronę, akurat nieczęsto mam okazję podziwiać tamte strony. Bardzo podobał mi się Koprowy Szczyt, w dali widać było Krywania... Doszliśmy tak do kolejnego żeberka. Tam, zgodnie z przewodnikiem należało zejść ...stromo w dół, ku zachodowi początkowo płytowym zacięciem, następnie systemem rynien, stopni i ścianek ciągle na prawo, na początek wielkiego zachodu w południowej ścianie i nim coraz bardziej w górę.... Po prostu należało spory kawałek dołem obejść Mięguszowiecką Przełęcz Wyżnią, pod która mniej więcej się znajdowaliśmy. Ha! Jak po raz pierwszy je zobaczyłem to powiedziałem tylko jak my tu k* mamy zejść? ;-) Okazało się jednak, że nie wygląda to tak strasznie źle, jak by się mogło wydawać. Niestety cały czas nie mieliśmy łączności przez CB z dziewczynami, widocznie jakieś skałki musiały nas rozdzielać.
Powolutku więc zaczęliśmy schodzić owymi płytami i rysami. Nie powiem, trzeba było uważać ;-) To było zresztą niesamowite podczas całej tej wyprawy: niesamowite skupienie. Po prostu zdawaliśmy (he he, ja na pewno) sobie sprawę z tego, że nie można się pomylić. Powoli więc bo powoli, alę jednak spuszczaliśmy się w dół. Po jakimś czasie zobaczyliśmy już ścieżkę, którą należało wychodzić w górę - ta ścieżka na zachodzie w południowej ścianie. Gdy wreszcie doszliśmy do ścieżki należał nam się odpoczynek... Żeby było ciekawiej to znalazłem na niej stary, całkiem już przerdzewiały hak taterniczy - ciekawe ile lat leżał sobie na tej ścieżce zanim go nie wziąłem?
Byliśmy więc na wielkim zachodzie. Należało teraz po prostu iść
nim ciągle w górę, aż do siodełka w żeberku. Nie było to skomplikowane
podejście, tylko dosyć żmudne. Po prostu trzeba było cholernie wysoko podejść,
tyle :-) Straciliśmy dosyć dużo wysokości schodząc płytą na ten zachód.
Wreszcie po dłuższej chwili udało nam się dojść do owego siodełka. Faktycznie,
było to ewidentne siodełko, całkiem wygodne nawet ;-) No i wreszcie udało nam
się złapać dziewczyny przez radio! Biedne martwiły się już, że nic nie było
słychać, no ale takie widać tam było ukształtowanie terenu. Nawet udało się im
wypatrzeć nas jak machaliśmy w ich kierunku - tzn. jakieś tam białe plamki
zobaczyły ;-)
Teraz zgodnie z mądrą książką należało iść ...w górę, stromymi skałkami żebra rozdzielającego dwie zbiegające się u jego końca rynny. Następnie rynną powstałą z ich połączenia na grań i nią w prawo, wśród ogromnych want na główny wierzchołek.... Hmm... Opis jest krótki, prawda? Zaręczam, że droga wcale do krótkich ani takich znowu trywialnych nie należała! Z początku było jeszcze całkiem znośnie, aż zatkaliśmy się w jakiś wąski kominek. Podeszliśmy na grań, ale nie tamtędy wiodła droga - inna sprawa, że widok był świetny. Następny kopczyk wypatrzyliśmy u góry owego kominka, no to co robić? Trzeba było się wydrapać na górę. Zostawiliśmy więc plecak między skałkami (chyba nikt go nie ruszy w międzyczasie?) i ruszyliśmy. Prawdę mówiąc parę razy chciałem się zawrócić nie widząc dalej drogi, jednak Piotr męczył 'jeszcze kawałek dalej, zobaczymy jak będzie...'. No i tak kawałek po kawałku, wolniutko pięlismy się coraz wyżej aż na samą grań pod wierzchołkiem. Nie powiem, było parę emocjonujących momentów, raz o mało co nie straciliśmy aparatu - na szczęście poleciała tylko osłona na obiektyw. Jak już wyszliśmy na grań, to reszta była już tylko formalnością. Na szczycie uściśnięcię ręki, parę zdjęć, parę łyków soczku, rozkoszowanie się widokami, ciszą i zupełnie niespotykanym w Tatrach brakiem innych ludzi!
Zejście
Teraz nie pozostało nam już nic innego jak tylko wracać, robiło się coraz później. Na szczyt weszliśmy około 15 - czyli z przełęczy szliśmy prawie cztery godziny. Droga powrotna tez nie miała być dużo krótsza. Co wcale też nie było takie znowu łatwe. Czasami znacznie łatwiej jest piąć się do góry, niż złazić na dół. Co gorsza człowiek jest bardziej zmęczony, trochę może i oszołomiony (no, może tutaj to trochę zbyt mocne słowo...) zdobyciem szczytu i łatwiej może popełnić jakiś błąd. Jakoś nam się jednak udało dojść do zostawionego wcześniej plecaka, był nieruszony ;-) A żeby było jeszcze śmieszniej, okazało się, że osłona na obiektyw którą zgubiliśmy, leżała koło niego! Że też akurat musiała lecieć te parenaście metrów i upaść na nasz plecak! Droga powrotna nie była jakoś specjalnie emocjonująca, szliśmy dokładnie tą samą trasą, którą podążaliśmy na szczyt. W jednym miejscu tylko trochę zeszliśmy z niej - w całym systemie 'zacięc, stopni, rynien i płyt' odbiliśmy za bardzo w prawo, w efekcie czego wylądowaliśmy w trochę zbyt gładkim i stromym fragmencie ściany... Na szczęście udało nam się dojść na górę. Chociaż, jeśli dalej tak by się droga rozwijała, to mogłoby być niewesoło. Tak naprawdę to odetchnąłem dopiero wtedy, gdy stanąłem na przełęczy pod Chłopkiem. Ufff! Czułem się jednak rewelacyjnie! Na Kazalnicy, gdzie umówiliśmy się z dziewczynami byliśmy coś koło 17. Czyli jednak zejście ze szczytu zajęło nam znacznie mniej czasu - znaliśmy już po prostu drogę.
Powrót
Teraz już tylko mieliśmy dojść do koliby, zabrać zostawione rzeczy i jak najszybciej dowlec sie do schroniska, a potem do samochodu. W trakcie drogi do schroniska zauważyłem światełko kogoś, kto schodził przez Świstówkę, rewelacyjny widok małego światełka błyskającego przez las. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby iść szybko i w sumie ze schroniska po herbatce i czymś na ząb wyszliśmy już po 19. Było ciemno. I był zakaz chodzenia po ciemku, bo groziło to bliskim spotkaniem z misiem... Jak się jednak przekonałem, całkiem spora ilość osób nic z tego zakazu sobie nie robiła ;-) Zresztą co mieliśmy robić? Spać w Moku, skoro następnego dnia trzeba było być rano w pracy? Po 21 wyjechaliśmy z Palenicy Białczańskiej, przez północą byłem w domu.