Wrześniowe Granaty

A więc znowu zasiadłem do pisania. Teraz przyszło mi to łatwiej niż poprzednie opisy, nie czekałem ponad rok aby cokolwiek się pojawiło. A więc do dzieła!

W jeden z pierwszych weekendów września postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę w Tatry. Nie za bardzo mieliśmy pomysł gdzie by sobie pójśc, więc koniec końców, przebierając między Rysami, jakąś trasa w Zachodnich stanęło na Granatach. A to że blisko, że ładne, no i w sumie niczego sobie trasa. Jak się później okazało, obydwaj nie byliśmy na nich już prawie dziesięć lat (!). Po drodze wyszło także, że z naszą kondycją nie jest też tak różowo jak myśleliśmy, ale to już inna inszość ;-)

Podejście aż do Koziej Dolinki nie było dla nas żadnym problemem. Pogoda była świetna, siły mieliśmy dosyć, zdjęć pare porobiliśmy - żyć nie umierać. Trudności zaczęły się dopiero potem. Otóż górne piętro dolinki było już pokryte śniegiem, a wyżej miało być go jeszcze więcej... Hmmm... Zupełnie nie pomyślałem o śniegu wysoko w Tatrach, a trzeba było. Wystarczyło wejść dzień wcześniej na jakąś stronę z prognozą pogody. A tu nie mieliśmy ani czapek, ani rękawiczek, ani nawet ochraniaczy - a co poniektórzy, czyli ja - byli nawet tylko w krótkich spodenkach ;-)

Nic to, zaczęliśmy piąć się do góry rysą Zaruskiego. No tak, nie powiedziałem jaką chcieliśmy pójść drogą. A więc tak: Kozia dolinka, żlebem Kulczyńskiego na grań, dalej całe Granaty i zejście żółtym szlakiem nad Czarny Staw. Więc weszliśmy w tę nieszczęsną rysę. Przyznam się bez bicia, że chciałem się wycofać nie mając absolutnie żadnego sprzętu. Mój partner był jednak nieugięty i leźliśmy coraz wyżej. Bardzo niemiło wspominam chwytanie się gołymi dłońmi śniegu i wygrzebywanie z niego mokrych i zimnych łańcuchów. Skały ociekały wodą, było ślisko i ogólnie mówiąc nieprzyjemnie. Nawet widoki nie były tak ładne jak kiedyś.

Cóż to jednak było dla takich macherów jak my? ;-) 'Zrobiliśmy' żleb Kulczyńskiego, teraz trzeba było przejść efektownym kominkiem na grań Granatów. Tutaj musieliśmy trochę poczekać, gdyż właśnie w owym kominku utknęła para ojciec z córką. Wychodzili razem z nami z Koziej Dolinki, wyszli inną drogą, teraz chcieli zejść. Biedacy! Lekko niepoważny ojciec wziął małoletnią córę na taką trasę, panna prawie że zaczęła mu mdleć na łańcuchach, ale on dzielnie parł do przodu, ech... Na zdjęciach niżej widać nad jaką ekspozycją się rozłożyli.

No a potem? Potem już tylko grań, zrobienie trzech kolejnych szczytów, chwila odpoczynku, parę zdjęć i przymiarki do zejścia. O ile podchodzić w śniegu można bez większych problemów, to już zejście po średnio związanym śniegu jest średnio przyjemne. Bardzo niemiło wspominam zejście. Długo, stromo, ślisko, same nieszczęścia ;-) Jakoś udało nam się jednak dowlec (no, mnie, bo Piotr zchodził bez narzekania) na sam dół i można było pognać do Kuźnic do samochodu. Potem jeszcze tylko kawka i gofer i można było ruszyć w rajd po Zakopiance.

I jaka z tego wszystkiego nauczka? Że wybieramy się wkrótce na kolejną wycieczkę!