Poczatki
Wycieczke te planowalismy wlasciwie od wakacji. Mielismy wszystko przygotowane: szturm-zarcie, sprzet, dobre ubrania, psyche. Nic nie moglo nam przeszkodzic w wyjezdzie - przynajmniej tak sie nam wydawalo.
Michal przyjechal w piatek 26 grudnia do mnie do Krakowa. Nastepnego dnia mielismy pojechac do Zakopca. Pogoda jak dotad dopisywala.
Dzien pierwszy - sobota
Pogoda rano byla taka sobie, ale o 5 rano i tak niewiele widac, wiec pelni dobrych mysli zebralismy sie i wsiedlismy do pociagu. Pociag pusciutenki - mielismy praktycznie polowe skladu dla siebie. Droga jak zwykle byla beznadziejna, pociag sie wlokl, za oknami nie bylo nic ciekawego.
Dopiero gdy wyjechalismy z lasu gdzies przed Nowym Targiem zobaczylismy Tatry - niesamowity widok. Nic mi tak nie poprawia humoru jak widok zasniezonych gor - szczegolnie po calych miesiacach spedzonych w miescie przed monitorem i klawiatura. Na niebie nie bylo praktycznie zadnej chumrki, wszystko bylo widac jak na dloni. Atmosfera sie zaraz ozywila, od nowa zaczelismy omawiac trase, gdzie zaczniemy, itd.
Na dworcu w Zakopcu jak zwykle tlumek tubylcow oferujacych 'pokoje i noclegi'. My oswiadczajac, ze domek mamy na plecach idziemy naprzod. Jeszcze tylko obowiazkowa wizyta na Krupowkach, ostatnie telefony, kartki pocztowe, i w droge!
Do Murowanca doszlismy bez zadnych problemow. Pogoda swietna, widoki wspaniale. Tylko plecaki troche ciezkie. W schronisku jak zwykle niesamowity tlok. Postanowilismy zatrzymac sie tutaj na noc, aby nabrac sil przed dalsza trasa. Zaszalejemy nawet i wezmiemy sobie pokoj! Raz sie zyje i mozna wydac te 20zl za nocleg.
Aby nie uswierknac z nudow w sali bufetowej (ilez herbat mozna w koncu zamowic) idziemy sie przejsc nad Czarny Staw. Tam widzimy jakis dwoch palantow podchodzacych na zywca na przelecz Karb (akurat jakis tydzien temu zginela tam dwojka gosci pod lawina) - dzielnie sie wspinali na czworakach, nawet gdy jeden sie obsunal kilkanascie metrow nie przerwali i dalej pieli sie do gory.
W schronisku szczesliwym trafem spotykamy znajomych Michala (akurat mieli ze soba rum slowacki) i zaraz wieczor stal sie bardzo ozywiony i wesoly. Gdybym tylko wiedzial jak bardzo bedzie mnie suczyc nastepnego dnia...
Dzien drugi - niedziela
Oboje budzimy sie z Michalem jeszcze przed switem - mamy straszne pragnienie, wody juz nie ma w butelce - slowem trzeba wstawac, bo nie da sie juz dalej spac. Starajac sie jak najsciszej, zeby nie zbudzic innych z pokoju wychodzimy na korytarz. A tam straszny ruch: wszyscy wspinacze tez sie zbieraja (nawet nie wiedzialem, ze tyle ich jest w Murowancu). Stukaja raki, czekany, blyskaja czolowki - slowem panuje atmosfera wymarszu. Wreszcie udaje nam sie zjesc jakies sniadanie, pozapinac plecaki, wszystko ostatecznie sprawdzic i wychodzimy!
Niesamowite jak jest cicho na polu. Slychac tylko jak snieg skrzypi nam pod butami. Postanowilismy, ze zaczniemy od przeleczy Liliowe. Latwo powiedziec, najpierw trzeba jednak tam dojsc. Do stacji wyciagu w kotle dochodzimy, bo jest tam sciezka. Dalej jednak nic nie ma, a pogoda jak na razie jest raczej srednia. Pocieszamy sie, ze tylko dlatego, ze jest jeszcze rano. W koncu wychodzimy wreszcie na przelecz. Jak tam wieje! Na podejsciu zdielismy czapki i kurtki, teraz zakladamy je jak najszybciej. Okazuje sie, ze mialem nosa kupujac moja czpke kominiarke z polaru. Jest idealna! Mimo tego, ze jest z najcienszego polaru, to grzeje znacznie lepiej od duzo grubszych zwyklych czapek.
No to coz, jestesmy juz na grani i dalej to juz tylko na zachod... Do Kasprowego spokojnie dochodzimy, tam ostatnie spotkanie z zywym czlowiekiem (tzn. kontroluje nas zolnierz z SG). Dobrze sie zlozylo, i przed nami szla grania jakas ekipa. Nie wiemy kiedy szli, ale slady byly raczej wyrazne. Cale szczescie, ze byly ich slady, bo pogoda cos nie chce sie poprawic. Strasznie wieje, jest mgla i zimno. Chociaz w zasadzie nie jest tak bardzo zimno, ale we mgle i wietrze wydaje sie, ze jest kilkanascie stopni mniej.
Prosty poczatkowy fragment grani z Kasprowego pokonujemy blyskawicznie. Schody zaczynaja sie przy obchodzeniu turniczek nad dolina Goryczkowa (Goryczkowe Czuby). Przez te cholerna mgle nic nie widac i zywcem nie wiadomo ktoredy trzeba isc. Bo ostrzem grani sie isc nie da - przynajmniej caly czas. A slady co jakis czas nam gina. Jest pare trawersow naprawde stromych stokow. Szczescie, ze snieg jest idealny - prawdziwy beton - raki i czekan trzymaja idealnie. Chociaz w jednym miejscu bym prawie zlecial (a bylaby szkoda, bo ten tekst by pewnie wtedy nie powstal) - mialem okazje przekonac sie o zaletach mojego dziabadla.
No i coz - mgla dalej jak cholera, nawet nie wiemy dokladnie gdzie jestemy. Idziemy tylko to w gore, to w dol. Czasami widzimy jakis stromy uskok z prawej strony (aha, jestesmy zbyt blisko ostrza grani), ale przez wiekszosc czasu nie widzimy nic. Wreszcie po jakims dziwnie dlugim podejsciu widzimy tabliczke ze znakami szlakow! Wedlug niej jestesmy na Kopie Kondrackiej. Jest przeciez dopiero 14 godzina! No ale co robic, idziemy dalej - twardziele sie nie poddaja.
Poddajemy sie dopiero na przeleczy pod Malolaczniakiem. Widac doslownie na 3 metry, porobily sie jakies cholernie wielkie zaspy, swiatlo jest takie, ze nie widac gdzie jest uskok, gdzie zaspa a gdzie normalny stok. Gran cos za bardzo opada, chyba nie tedy droga... Postanawiamy rozbic namiot na malym wyplaszczeniu miedzy zaspami. W tym wietrze wydaje sie jednak niemozliwe. Jakos sie to nam wreszcie udaje. Przysypujemy brzegi namiotu sniegiem, aby nam wiatr nie podwiewal do srodka. Po czym wpychamy karimaty i spiwory do srodka, potem siebie, a na koncu plecaki (dla wyjasnienia dodam, ze namiot ten to jest igloo dwojka). Michal z racji swojej szczuplosci moze nawet lezec na plecach, ja niestety musze lezec na boku. Bogu dzieki, ze mamy male radyjko. Milo jest posluchac RMFu lezac na grani w namiocie podczas burzy snieznej!
Jest wpol do trzeciej, a my juz w namiocie. Staramy sie jak mozemy, zeby nie zasnac. Gdybysmy teraz zasneli, to obudzilibysmy sie w srodku nocy i juz nie moglibysmy zasnac. Staramy sie wiec gadac o wszystkim, sluchac radia, gadac... Najwiekszym naszym pragnieniem jest jednak cos do picia. Jedyna butelka wody ktora mielismy (rozpuszczony Plusssz) zamarzla i lod juz dawno wyssalismy. Dopiero o szostej jakis sie zwlekamy i gotujemy na gazie menazke sniegu, pijemy po niecale pol litra na glowe cieplego Plusssza i nie mamy sily na gotowanie kolejnej kolejki. Totalny rozklad, zero morale!
Noc to bylo cos strasznego! Zimno na szczecie mi nie bylo (dwie warstwy polaru i spiwor puchowy robia jednak swoje). Tylko gdy sie budzilem i slyszalem jak wiatr szarpie biednym namiotem to mialem mieszane uczucia. Tak nim potwornie lomotalo, ze myslalem, ze juz pofruniemy na Slowacje. Jeszcze na moja strone akurat zwalal sie caly nawiewany snieg, tak ze mialem coraz mniej miejsca.
Dzien trzeci - poniedzialek
Wychodzimy z namiotu cos po siodmej - przedtem musimy jeszcze odmrozic nad palnikiem moje buty (niestety jeszcze nie mam skorup i musze sie meczyc w zwyklych skorzanych). Pogoda jakby sie uwziela na nas i dalej jest tak beznadziejnie: wieje i nic nie widac. Mamy do wyboru: czekac w namiocie na poprawe pogody, szukac dalszej drogi, zejsc na dol. Czekania nie wyobrazamy sobie (przynajmniej nie w tak malym namiocie) - chyba bysmy zwariowali w srodku. Szukanie drogi po omacku tez byloby cokolwiek ryzykowne (gdybysmy chociaz wiedzieli, gdzie dokladnie jestesmy). Pozostaje tylko zejscie na dol. Jestesmy w tej dobrej sytuacji, ze mamy jakies 15min drogi do gory, aby dojsc do znaku turystycznego widzianego wczoraj. I faktycznie, dalej tam stoi!
Postanawiamy schodzic na przelecz pod Giewontem. Ale jest jednak ciezej, niz myslelismy. Sladow oczywiscie zadnych, widocznosc zerowa. Staramy sie przynajmniej schodzic na dol. Zapychamy sie tylko w jakies wredne miejsca: cienki snieg, pod spodem skalki i trawa. Nizej stok sie urywa i jakies podciecie (w Tatrach zreszta tak sie zwykle koncza zejscia do dolin, najpierw lagodnie i przyjemnie, potem nagle ciach! i lecisz na zlamanie karku). Wycofujemy sie ponownie na szczyt i probojemy innej drogi, blizej glownej grani. Dopiero tutaj da sie jakos zensownie zejsc. Dlugo zsuwamy sie markotnie stokiem (taki wycof - zaledwie na drugi dzien wycieczki!). W dolinie na dole widocznosc sie od razu polepsza - mgla i chmury sa tylko na grani. Nawet nie ma juz wiatru. Idziemy przez jakies stare lawinisko i ogladamy uskoki nad ktorymi szukalismy przedtem drogi zejscia - ladnie bysmy wygladali.
Wreszcie widac juz schronisko! Czuje, ze wycieczka jest juz definitywnie zakonczona. Michal cos wprawdzie mowi, ze mozemy pojechac jeszcze w Tatry Zachodnie, gdzies do dolinek, ale juz w to nie wierze. Wygladamy za to jak goscie z klasa - robry sprzet, cali jestemy pokryci szronem (pot wychodzacy przez goretex pozamarzal na kurtkach i mamy taka srebrna warstwe na nich). W schronisku jakiej dwie pary cos tam sobie gaworza przy herbatce. Nasze wtargniecie co by nie mowic ozywilo troche senna atmosfere w schronisku. Ku naszej radosci wrzatek byl za darmo (w Murowancu juz sie za niego placi) - dzieku temu schronisko zarobilo na nas tylko jak za jadna haerbate. Reszte (tzn. 1.5 litra) bralem juz od nich za darmo i robilem sobie Plusssza. A pierwsza herbate musialem kupic, bo zapomnialem wziac z domu kubeczka! Pod koniec babka juz sie troche zdenerwowala gdy prosilem o kolejna porcje wrzatku - ale co sie glupia czepia, jest napisane, ze z darmo, to niech daje.
Potem juz tylko szybki marsz do Kuznic, zejscie do Zakopca, na dworzec, telefony do domu, kupno biletow i czekanie na pociag.
Zakonczenie
Szkoda, ze sie skonczylo tak krotko, ale i tak bylo warto. Nawet tylko po to, aby sprawdzic siebie i sprzet. Tam, w gorze ma sie zupelnie inne problemy niz na dole. Mysmy sie martwili aby nam namiotu nie porwalo, zeby sie snieg nie nasypal do spiworu, zeby dobrze wbic czekan, bo inaczej polecisz. Gdy sluchalismy audycji w radiu to byly to rzeczy z jakby innego swiata, wogole nie dla nas. Pewnie gdyby jakis pajac siedzacy przy piwie w niedziele wieczor zobaczyl nas w tym namiocie to by nas mial za wariatow, ale ja tam sto razy wole miec taka frajde w gorach, niz wlewac w siebie piwsko aby zalapac faze.
