Wschód słońca na Babiej Górze

Hmm... Trochę ciężko było mi się zebrać do pisania tego tekstu. Wyjazd był chyba 15 sierpnia 2000. A to jest jak by nie było już prawie trzy miesiące temu. Obejrzałem sobie dzisiaj ponownie zeskanowane zdjęcia z wyjazdu i pomyślałem, że szkoda, aby ich nie umieścić na stronie. Samych zdjęć z kolei nie wystawię, więc trzeba siąść do pisania ;-)
Wszystko zdarzyło się dosyć nieoczekiwanie, wyjazd nie był przeze mnie
planowany. Karolina przyjechała do mnie na kilka dni, następnego dnia było
wolne, nie trzeba było iść do pracy, pogoda świetna - grzechem byłoby pozostać
w mieście. Zadzwoniliśmy więc do naszego znajomego, Piotra, a nuż miał coś
zaplanowane na ten dzień. Nie myliliśmy się. Otóż wybierał się na Babią Górę
obejrzeć wschód słońca! Trochę nas przeraziła godzina wyjazdu (pierwsza w
nocy), ale co tam! Raz się żyje. Trzeba w końcu zrobić coś nieprzewidywalnego
(prawda, Karolina?).
Nastawiliśmy więc budzik na środek nocy, wcześnie położyliśmy się spać i
czekaliśmy... Piotr przyjechał po nas punktualnie, dzięki temu mogliśmy
pospać trochę dłużej niż on ;-) Mimo najszczerszych chęci nie mogłem się
powstrzymać od snu w czasie drogi, trochę sobie przysnąłem. Ogólnie jednak
jechało się całkiem przyzwoicie. O tej porze nie było dużego ruchu na drogach.
Dziwne to uczucie jechać przez puste wioski, ani żywego ducha, wszystkie okna
ciemne, prawie jakby wymarłe.
Dosyć się zdziwiłem, gdy zobaczyliśmy prawie pełen parking na Krowiarkach!
Myślałem, że tylko myśmy byli na tyle szaleni, żeby jechać na ten wschód
słońca. Teraz już nie pozostało nam nic innego jak tylko wyjąć latarki,
plecaki i w drogę. Oj ciężko się szło... Nocny wyjazd w góry po całym dniu
pracy nie jest jednak najlepszym rozwiązaniem, nie jest. Żeby oszczędzić
bateryjki w latarkach (głupio by było, gdyby nagle się wszystkie nam
wyczerpały) świeciliśmy tylko jedną na raz. Na pewno nie wpłynęło to dobrze na
prędkość naszego marszu pod górę. Zwłaszcza, że podejście z Krowiarek
bezpośrednio na grań należy raczej do dosyć nużących. Nie było nużące chyba
tylko dla Karoliny, która przez cały czas zasuwała na samym przodzie,
wprawiając nas przy okazji w kompleksy ;-)
Na grań wyszliśmy gdy już zaczynało lekko się rozjaśniać. Do koliby, skąd
mieliśmy podziwiać wschód, dotarliśmy praktycznie w ostatniej chwili,
kiedy słońce zaczynało już wychodzić. Był to widok naprawdę rewelacyjny. Zupełnie sami,
cicho, świat poniżej powoli budził się do życia, a my siedzimy i podziwiamy
wszystko. W tej chwili zupełnie nie żałowałem zarwanej nocy.
Posiedzieliśmy tak jakiś czas, zjedliśmy śniadanie, popiliśmy kawą z termosu
Piotra, zrobiliśmy parę zdjęć (niestety nie aparatem Zorka 5). Co ja mówię:
parę, dosyć dużo ich napstrykaliśmy. Było rewelacyjne światło, takie ostre,
poranne. Bardzo mi się podobają zdjęcia z tego wyjazdu. Wyruszyliśmy w
dalszą drogę na sam szczyt Babiej. Tam dopiero było osób! W porównaniu z naszą
kolibą było naprawdę tłoczno. Niektórzy nawet jeszcze spali w śpiworach. Na
Diablaku nie zabawiliśmy długo, szybkie zejście na przełęcz Brona, chwilka
leżenia na słoneczku i w dół do schorniska na jakąś zupkę. Potem już tylko
długa droga lasem do samochodu. Jedyne co mnie wtedy zdenerwowało, to
konieczność wykupienia biletów wstępu do Parku na odcinek schronisko -
Krowiarki! Rozumiem, że Park jest biedny, są jednak pewne granice! W dodatku
(ten kto był ten wie) same bilety są drukowane na wielkich, ozdobnych
druczkach - pocztówkach. Pewnie sam koszt druku biletów stanowi z 80% ich
ceny...
O drodze powrotnej do Krakowa nic nie napiszę, ponieważ cały czas spałem ;-) Zasnąłem już w Zawoi, obudziłem się w Krakowie. Potem i tak spałem cały czas do wieczora ;-) Wyjazd jednak był przedni.