Mięguszowieckie Szczyty o poranku

Rozgrzewka

Wreszcie jakiś wyjazd w te wakacje! Strasznie się ze mną dzieje, że pierwszy urlopowy wyjazd robię sobie w ostatnim tygodniu sierpnia - i to w dodatku nawet nie na cały tydzień! Przyjechaliśmy z Maćkiem do Zakopca po południu we wtorek. Nie chcieliśmy przyjeżdżać rano, bo i tak było by to na nic. Spać mieliśmy w Murowańcu, pierwszego dnia i tak byśmy nigdzie nie chodzili. Wiec nie śpiesząc się zrobiliśmy ostatnie zakupy po czym udaliśmy się do Kuźnic. Myśmy przyjechali we wtorek, następnego dnia miały dojechać dziewczyny: Monika i Gosia.

Kościelec

Rano zupełne zaskoczenie: rewelacyjna pogoda, słońce, zero chmur. Aż szkoda nam było schodzić na dół do Zakopca po Monikę (znaczy się, mnie było szkoda), w międzyczasie okazało się, że Gosia jednak nie przyjedzie - zdygała biedaczka. No ale co można było zrobić. Na kawałku ścieżki pomiędzy przełęczą między Kopami a schroniskiem miałem ciekawą rozmowę z jednym gościem:

- Przepraszam, do Murowańca...
- Tak, prosto do końca - przerwałem mu śpiesząc się na dół
- Ale ja chciałem się spytać czy jeszcze daleko...

Na samym zejściu do Kuźnic rozdzieliliśmy się z Maćkiem żeby nie przegapić Moniki - on schodził Boczaniem, ja do doliny Jaworzynki. No i dobrze zrobiliśmy, bo nie czekała na nas na dole, tylko zaczęła już sama piąć się do góry.

Monika ze mną na Kościelcu Jakoś się wyspinaliśmy do góry. Potem tylko mały odpoczynek, coś do picia i wyruszyliśmy na Kościelec. Kościelec to idealna góra: koło Murowańca, nie trzeba daleko chodzić, całkiem łatwe wejście. Akurat na pierwszy dzień na aklimatyzację. Więc wcale się nie śpiesząc wchodziliśmy na górę przystając co chwila i robiąc nowe zdjęcia. Podczas zejścia dopadła nas prawdziwa głupawka, tak więc chyba opatrzności należy zawdzięczać, że dotarliśmy cało i zdrowo do schroniska.

A w środku... To dopiero była impreza! Pobyt w górach ma tę niezaprzeczalną zaletę, że wszystko świetnie smakuje - tyczy się to także alkoholu :) Tak więc podrinkowaliśmy sobie trochę i naprawdę bardzo miło spędzało nam się ten wieczór.

Orla Perć

Następnego dnia należało zrobić jakąś większą trasę. Zresztą w zasadzie w okolicach Murowańca nie ma chyba innych sensownych tras. A że pogoda była średnia to Orla stanowiła swego rodzaju (niewielkie prawdę mówiąc) wyzwanie.

Maciek nad Zmarzłą Przełęczą Było o tyle ciekawie, że Maciek był pierwszy raz jeśli nie w Tatrach, to przynajmniej na Orlej. Niestety podczas naszej bytności na grani niewiele było widać za sprawą wszechobecnych chmur. Czasami się tylko trochę przejaśniało na tyle, aby zobaczyć jakieś zarysy doliny w dole. Na szczęście przejaśniło się też na chwilkę gdy przechodziliśmy przez Zmarzłą Przełęcz. Jest tam niezłe urwisko na południową stronę - nie omieszkaliśmy zrobić sobie tam kilku zdjęć. Na krawędzi przełęczy można prawie że leżeć godzinami i gapić się na dolinę w dole.

Błędem było tylko to, że wzięliśmy ze sobą za mało jedzenia i picia. Chociaż może i pić to nam się niezbyt chciało, ale zgłodnieliśmy szybko. Więc zobaczywszy ścianę wznoszącą się z Koziej Przełęczy w kierunku Koziego postanowiliśmy olać sprawę i schodzić do schroniska w Piątce - zwłaszcza, że byliśmy tam umówieni z Moniką. A wg zegarków wynikało, że i tak się spóźnimy. Zbiegliśmy więc szybko do dol. Pustej i potem niżej do samej Piątki. I tutaj niespodzianka! Z całych okropnych chmur i mgły na grani nie pozostało ani śladu! W dolinie cały czas świeciło słońce i była świetna pogoda. Zresztą w Tatrach jest to częste.

Wszyscy razem koło schroniska w dol. Pięciu Stawów Na szczęście (choć trochę spóźnieni) dotarliśmy do schroniska :) Jak zwykle niesamowity tłum i niezbyt przyjemny zaduch w jadalni zmusił nas do odpoczywania na zewnątrz. Zresztą ciężko mówić, że zostaliśmy do tego zmuszeni - na zewnątrz i tak było o wiele przyjemniej! Minusem było tylko szybkie stygnięcie herbaty na wietrze.

Ja w drodze na Zawrat Po dosyć krótkim jednak odpoczynku trzeba było się zbierać :( Zrobiło się już trochę późno (do schroniska zeszliśmy z Maćkiem dopiero po 15), a przed nami jeszcze był niezły kawałek do pokonania - musieliśmy przecież dojść jeszcze do Murowańca. A namawiałem ich, żebyśmy poszli przez Świnicę, a nie przez Zawrat - szliśmy tamtędy przecież rano. Po prostu nie lubię schodzić w takim terenie gdy jest mokro.

Szliśmy więc przez cała Piątkę prosto w zachodzące słońce. Już był w sumie koniec sierpnia, więc słońce było znacznie niżej, niż powiedzmy w lipcu. Na całą dolinę mieliśmy więc widok pod słońce. Promienie przeświecają wtedy przez trawę i światło nabiera bardzo ciepłego koloru - prawie jak światło świec.W takim świetle nieźle też wychodzą zdjęcia - prawie jak na filmach Kodaka :) Mimo całego słońca nie było jednak wcale tak znowu ciepło i szliśmy w polarach i kurtkach od wiatru.

I szliśmy tak i szliśmy, i szliśmy... Odcinek od Zawratu do Świnicy dłużył się już autentycznie. Widoki co prawda się polepszały, ale byliśmy trochę zbyt zmęczeni aby być w stanie je doceniać. Na dobre ściemniać się zaczęło na szczęście gdy zeszliśmy już z grani.

Krzyżne - Świstówka - Morskie Oko

No tak. Murowaniec już skończyliśmy. I co teraz? Do Piątki nie było sensu przechodzić - no bo i co tam niby mieliśmy robić? Orlej i tak byśmy nie przechodzili dalej, a innych szczytów to i tak raczej się z Piątki nie zdobywa. Koronnym argumentem przeciwko takiej przeprowadzce był brak pryszniców! Zadzwoniliśmy więc rano do Morskiego Oka i zarezerwowaliśmy sobie pokój. Według naszych wyliczeń, to nieśpiesznym krokiem idąc przez Krzyżne i Świstówkę powinniśmy dojść na wieczór do Moka.

Ja pod Żółtą Turnią Szliśmy więc standardową drogą przez dolinę Pańszczycy. Strasznie lubię tamte okolice. Wogóle rajcują mnie góry na które nie ma szlaków (mam nadzieję, że goście z TPN'u tego nie czytają!). Raz już w zimie z kumplem chcieliśmy wejść na Żółtą Turnię, ale się nie udało. Dostałem też kiedyś maila od gościa, który się chwalił swoimi wyczynami na Żółtej. No ale w każdym razie mam przynajmniej zdjęcie pod nią. Tak samo ekstra byłaby Koszysta jako cel którejś wycieczki. Parę lat temu zapuściłem się nawet spory kawałek po jej grani, w zimie też raz byłem już bliski zrobienia jej z jednym gościem. Świetny jest widok z Koszystej na dolinę Waksmundzką - jest tam taki wielki kocioł skalny, zupełnie go nie widać od strony dol. Pańszczycy. Tak samo Wołoszyn... Kupę jest jeszcze świetnych miejsc w Tatrach, w które warto by się przejść!

Ponieważ nie śpieszyliśmy się zbytnio pod samo podejście pod Krzyżne dotarliśmy stosunkowo późno - a w każdym razie zdążyliśmy już solidnie zgłodnieć. Namówiłem więc towarzystwo na obiadek przy wielkiej kolebie. Widać ją jakieś niecałe 100m od ścieżki - taki wielgachny głaz. Ze ścieżki nie wydaje się być taki ogromny, ale jest to naprawdę niesamowite. Nie mogliśmy się oczywiście powstrzymać i musieliśmy zrobić sobie po kilka zdjęć jak stoimy na szczycie koleby - duże dzieci!

Wszyscy razem na Krzyżnem Na podejściu minęliśmy grupkę ludzi strasznie wolno pnących się do góry. Odczuwam pewien rodzaj złośliwej satysfakcji, gdy widzę gości ze świetnym sprzętem, ale chodzących gorzej ode mnie. Nieładne, wiem o tym, ale co mogę poradzić. No a ci ludzie właśnie mieli ekstra buty, goreteksy, polary, kijki teleskopowe. Widać te kijki musiały być tak strasznie ciężkie :) bo wogóle nie mogli wydrapać się na górę. Ale jakoś się biedacy wreszcie wydrapali :)

Czyli potem w zasadzie mieliśmy już tylko z górki... I to jakiej górki! Zejście z Krzyżnego z roku na rok jest coraz gorsze. Stok się wcale mniej stromy nie robi, za to przybywa poluzowanych kamieni, żwiru, piachu. No a ciężkie wory na plecach też nam nie ułatwiały zadania. Tak więc byliśmy w autentycznym szoku, gdy minął nas gościu w tenisówkach i z reklamówką! Autentycznie! Zero kitu. Dotąd myślałem, że tak wyekwipowani turyści chodzą tylko na Giewont.

Byliśmy jednak trochę zbyt optymistyczni zakładając dotarcie na 18 do Moka (na tą godzinę był zarezerwowany pokój). Po kilku godzinach marszu ciężko było nam uwierzyć, że z worami dojdziemy do Moka z Piątki w godzinkę. Na szczęście ja, jako stary twardziel :) miałem jeszcze dosyć w sobie siły aby polecieć na złamanie karku i zatrzymać pokoje.

Rysy

Monika nad Czarnym Stawem pod Rysami Dzisiaj wielki plan! Rysy! Niestety pogoda spłatała nam kolejny raz figla i jest wyjątkowo pochmurno. Ponieważ mogę także chodzić po górach dla samego chodzenia, to nawet taka pogoda nie była mnie w stanie odwieźć od ambitnych planów. Monika jednak wybitnie była nie w sosie i z dosyć dużym trudem udało mi się ich namówić na wyprawę chociaż nad Czarny Staw. Po drodze miałem okazję się naocznie przekonać, że jednak można chodzić po górach w czarnych lakierowanych szpilkach (!).

W zasadzie cały czas miałem nadzieję, że jednak zdołam ich namówić na jakąś wycieczkę, jednak nie udało się. Musiałem :) sam się wybrać, a w zasadzie prawie uciec na górę, bo nie chcieli mnie puścić, że niby to niebezpieczne we mgle, itd. No i co to dużo mówić, wylazłem na tę górę. Widoczności nie było, cały czas mgła, dobrze, że przynajmniej nie padało. W sumie o samym wyjściu nie ma za bardzo co mówić. Nie uważam, żeby wyjście na Rysy było jakieś specjalnie trudne. Jest raczej mozolne i monotonne. Trzeba pokonać ponad kilometr w pionie! Lezie się do góry, lezie i lezie. Za to zejście jest ciekawe. Zwłaszcza gdy jest po deszczu, lub gdy we mgle kamienie są wilgotne to trzeba uważać, żeby noga nie wyjechała na stopniach.

Mój portret Całą trasę w obie strony zrobiłem w cztery godziny (he, he - na strzałce piszą, że idzie się 3h w jedną stronę). Na podejściu mimo generalnie brzydkiej pogody i mgły tak się zgrzałem, że pierwszy raz widziałem jak pot wychodzi mi na rękach! Szedł też tam taki japończyk. Adidaski, spodnie od dresu, T-shirt, mnóstwo aparatów. Ciągle się zatrzymywał i tylko cykał zdjęcia. Gdy zaczynałem schodzić to właśnie wyszedł na górę - bardzo się ucieszył gdy mu powiedziałem, że to już koniec. Na zejściu z Czarnego Stawu do Moka to już tylko biegłem. Oczywiście pierwszą rzeczą jaką kupiłem w schronisku po przyjściu (przybiegnięciu) była butelka zimnego Żywca! (tak prawdę mówiąc, to kupiłem jeszcze kartkę, która miałem wysłać znajomej, ale tak się złożyło, że jeszcze jej nie wysłałem...).

Koniec

No i cóż, wyjazd się skończył, następnego dnia trzeba iść do pracy. Wrócić do normalnego (chociaż można nad tym dyskutować) życia. Z samego rana był krótki moment rewelacyjnej pogody, wtedy też zrobiłem zdjęcie, które jest na górze tej strony. Obłędnie było widać śnieg na szczytach, na zdjęciu nie ma nawet dziesiątej części tego co było wtedy widać.

W oczekiwaniu na autobus poszliśmy do takiej niezłej kawiarni 'Morskie Oko' na Krupówkach. Mają tam całkiem niezłą pizzę, no a oprócz tego jest tez Internet-Cafe i obłędne automaty do gry. Zawsze mówię, że nie gram na komputerze. No bo faktycznie na gry już czasu mi nie starcza, ale te gierki, które tam zobaczyłem! Normalnie szczęka opada. Najlepszy był taki automat Segi - 'Touring Cars Championships', czy coś takiego. Siedzi się w normalnych fotelach kubełkowych, głośniki stereo koło uszu, pedały, manetka biegów, no i najlepsze z całego zestawu: kierownica reagująca na jazdę. Odbija nią na zakrętach, gdy się wyjedzie poza drogę, itd. Niesamowita zabawa! Żeby było lepiej, to można jeszcze grać w dwie osoby - są dwa automaty koło siebie, więc jeździliśmy sobie we dwóch po jednym torze. Byłem lepszy od Maćka - przy walce o Pole Position miałem czas lepszy od niego o 4sek!

Koniec i bomba
A kto czytał, ten trąba!